PLL LOT złożył w październiku do sądu w Seattle w USA pozew przeciwko Boeingowi. Firma domaga się odszkodowania w wysokości 250 mln dolarów za uziemienie samolotów 737 MAX po dwóch katastrofach związanych z wadami projektowymi. Polski przewoźnik ma mocne argumenty, ale walka może go sporo kosztować i długo potrwać.
– Kłamstwa pracowników, oszustwa w dokumentacji i pazerność byle tylko sprzedać więcej niż Airbus kosztowały życie 346 osób. Dla Boeinga to najdroższy błąd w historii, wart już 22 mld dolarów. Uziemione przez blisko dwa lata B737 MAX przyniosły straty przewoźnikom dlatego
LOT słusznie oddał sprawę do amerykańskiego sądu, bo odszkodowanie absolutnie mu się należy – mówi Adrian Furgalski, prezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. Dodaje przy tym, że taka decyzja narodowego przewoźnika go nie dziwi. – Kiedy partnerzy biznesowi nie mogą się porozumieć to oddają sprawy w czyjeś ręce, w tym przypadku jest to sąd. Nie jest to rzecz ani nadzwyczajna ani niespotykana w świecie interesów – zaznacza.
Na skutek globalnego uziemienia pięć boeingów 737 MAX w barwach PLL LOT pozostawało wyłączone z eksploatacji od marca 2019 roku do marca 2021 roku. W tym okresie przewoźnik posiłkował się leasingowanymi od różnych podmiotów samolotami zastępczymi, co znacząco podnosiło koszty.
LOT zrezygnował także z odbioru niedostarczonych 737 MAX oraz dwóch Dreamlinerów.
Zarząd LOT musi działać – Na pewno zarząd LOT musi zrobić wszystko, żeby odzyskać od Boeinga pieniądze wynikające z tego, że B737 MAX przyleciały z opóźnieniem, a potem były uziemione co oznaczało konieczność ponoszenia dodatkowych kosztów m.in. na leasing maszyn zastępczych, także z załogami. To zaś były samoloty starsze, oferujące niższą jakość usług oraz bardziej paliwożerne. Przewoźnik nie mógł rozwijać siatki dowozowej do Warszawy czy Budapesztu w takim tempie w jakim by chciał. To wszystko jest oczywiście udokumentowane i gdyby zarząd LOT w jakimś stopniu od tego odstąpił to mógłby się liczyć z zarzutami o braku działań dla dobra firmy – wyjaśnia Furgalski.
– To nie jest tak, że Boeing się tutaj wypiera odpowiedzialności. Cześć przewoźników już przecież dostała odszkodowania od amerykańskiego producenta. Za oceanem dokonała się reforma procesu certyfikacji samolotów, która wynika – i było to mówione wprost w Kongresie – z rażących błędów i zaniechań Boeinga i FAA. Producent zapłacił grzywnę, stworzył fundusz dla ofiar o wartości 0,5 mld USD i przygotował kwotę 1,8 mld USD odszkodowań dla klientów, ale proponowane przez niego sumy nie są wystarczające i satysfakcjonujące dla wszystkich. LOT najwidoczniej należy do tych podmiotów, które uznały, że jest to niewystarczające w stosunku do poniesionych strat – dodaje.
Airbus jako alternatywa– Pokazywanie Boeingowi, że jest alternatywa w zakupach w postaci modeli Airbusa jest oczywiście elementem subtelnego nacisku, by partner z Seattle z szacunkiem i na zasadach fair play podszedł do przewoźnika, z którym wiąże go tak długoletnia współpraca biznesowa. Wcale nie jest jednak wykluczone, że przy lotach średniodystansowych LOT zdecyduje się na zakup konkurencyjnej maszyny, bo skala działalności będzie stopniowo na to pozwalała. Nie będą to oczywiście setki zamówionych samolotów, ale przy utracie w samych tylko 2020 zamówień na 650 Maxów, Boeing powinien szanować każdego klienta – zauważa Furgalski.
Przedstawiciele LOT w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie raz wspominali o tym, że mogą być zainteresowani maszynami europejskiego producenta. Ostatnio prezes Rafał Milczarski mówił, że spółka ma jasny i uporządkowany harmonogram zwrotu obecnie leasingowanych samolotów i będzie je częściowo zwracać, a
częściowo wymieniać na nowe. – Z pewnością chcemy, by samoloty niskoemisyjne, takie jak
embraer E2 czy Airbus A220-100, A220-300 lub nieistniejący jeszcze A220-500, były istotną częścią naszej floty – mówił prezes LOT.
Szanse na porozumienie malejąO szansę na powodzenie działań LOT prawników spytała „Rzeczpospolita”. Komentatorzy zwracają uwagę, że sprawa będzie trudna, a wiele zależy od zapisów umowy leasingowej, które nie są znane. Z testu dowiadujemy się także, że
na razie w grę nie wchodzi arbitraż – na takie rozwiązanie nie strony sporu się nie zdecydowały.
– Pozew LOT-u to zdecydowanie eskalacja i tak już napiętych relacji z Boeingiem. Spór nie toczy się o sam fakt zapłaty odszkodowań, bo od tego producent nie próbuje się uchylać, tylko o ich wysokość. LOT ma silne argumenty, ale w amerykańskim sądzie będzie mierzył się z armią prawników Boeinga z wieloletnim doświadczeniem w podobnych sporach kontraktowych. Nie oznacza to, że nie ma szans na wygraną, ale na pewno będzie to czasochłonne i skomplikowane. Może jednak być tak, że pozew będzie elementem gry negocjacyjnej i skłoni Boeinga do ugody – choć skoro dotąd do niej nie doszło, to szanse nie są duże – Dominik Sipiński, analityk lotniczy ch-aviation i Polityki Insight.